Podróże

Barcelona – co i gdzie zjeść, żeby nie zbankrutować

Dzisiaj mam dla Was pyszny temat. Jedzenie i smakowanie życia to jedne z największych przyjemności! Próbowanie nowości na co dzień sprawia mi mega frajdę, a wyjazdy to pod tym względem raj. Zapraszam Was więc na kulinarną podróż po smakach Barcelony. Pokażę Wam co i gdzie jadłam będąc tam na 4-dniowym wypadzie jesienią. Co więcej będzie to przepis na Barcelonę w niskiej cenie ;).

Bardzo długo zwlekałam z przygotowaniem tego wpisu, bo wpisy z wyjazdów są zazwyczaj najbardziej pracochłonne – trzeba m.in. wrócić do notatek z podróży i wybrać odpowiednie zdjęcia z pokaźnego folderu. To co przekonało mnie do napisania tego wpisu to fakt, że mój wpis o jedzeniu w Rzymie czyta codziennie kilkadziesiąt osób! Możecie zerknąć na ten wpis nawet jeśli nie wybieracie się do Rzymu, ponieważ większość dań można przetestować we włoskich restauracjach w Polsce – Co zjeść w Rzymie – 12 rzeczy, których trzeba spróbować. Ja już nie mogę doczekać się naszego sierpniowego wypadu do Rzymu i na pewno sama wrócę do tej listy ;). Gdybym nie miała świadomości, że to się komuś przydaje to pisałabym ten wpis z małym entuzjazmem, bo generalnie kuchnia hiszpańska nie podbiła mojego podniebienia tak jak włoska.

Moim celem w Barcelonie było próbowanie typowych dań kuchni hiszpańskiej, ale z drugiej strony starałam się nie wydać na hiszpańskie przysmaki fortuny. Jeśli lubicie jeść w podróży w podobny sposób to wpis na pewno Wam się przyda.

We wpisie dowiecie się gdzie najtaniej zjeść prawdziwe hiszpańskie dania takie jak paella, tortilla,  churros i tapasy. Zapraszam!

____________________________________

100 Montaditos

Tutaj zjecie kanapeczki po 1 euro w kilkudziesięciu wariacjach m.in. pesto z mozarellą, meatballs czy owocami morza, a także słodkie np. z oreo. Mnie ta opcja nie zachwyciła, ale smakowo wszystko było ok.

To chyba najczęściej polecana miejscówka w Barcelonie, która słynie z tapasów po 1 euro. Wybraliśmy się tam na śniadanie pierwszego dnia i jak na pierwszy posiłek w Barcelonie to muszę przyznać, że byłam troszkę zawiedziona. Wszystkie z dostępnych w tej cenie tapasów to tak naprawdę małe bułeczki z różnymi ciekawymi dodatkami – do wyboru chyba ze 100 rodzajów. Jedliśmy jakieś z meatballs, jakieś bardziej klasyczne z serem i wędliną czy pesto, ale nie zachwyciłam się. Knajpa jest natomiast fajna, a poza kanapkami można zamówić tu jeszcze inne nieco droższe tapasy. Chcieliśmy dać jeszcze jedną szansę temu miejscu, ale niestety kiedy przyszliśmy tam wieczorem to były tłumy.

La boqueria

Największe targowisko w Barcelonie to moje ulubione miejsce na śniadanie i posiłek w ogólności! Zakochałam się w soczkach z posmakiem kokosa i w Barcelonie mogłabym przejść na dietę sokową :D.

Można dostać tutaj czego dusza zapragnie – świeże owoce morza, hiszpańskie wędliny, sery, warzywa, owoce, orzechy, przyprawy, przepyszne świeże soki, słodycze. Do tego wiele stoisk oferuje tapasy.

Wpadaliśmy tu rano każdego dnia. Nie mogłam przepuścić ani jednego dnia bez tych soków i zestawu owoców <3. Raz kupiłam też kanapkę i to tak naprawdę tyle, bo nic innego tak bardzo mnie nie kusiło. Jeśli chodzi o owoce morza i słodycze to również ich bogactwo zalewa targ więc jeśli jesteście fanami tych przysmaków to będziecie zachwyceni.

Raz śniadanie z widokiem na piękny kościół zbudowany w stylu gotyckim, a innym razem z widokiem na morze ;).
Nie da się oprzeć tym pysznościom!
Owoce morze do schrupania i w wersji jeszcze nie gotowej do spożycia ;).

 

Kurz & Gut

Trafiliśmy tu na pierwszy lunch przypadkiem i wyszliśmy bardzo zadowoleni. To miejsce chyba byłoby moim numerem jeden przy kolejnej wizycie w Barcelonie. Mają kilka lokalizacji, my jedliśmy w tej przy plaży. Wzięliśmy jeden lunch i dodatkowo tapasy które chciałam spróbować najbardziej – prawdziwą tortillę i pa amb tomaquet (chleb z pomidorowym sosem). P. w ramach lunchu miał sałatkę i polędwiczkę z frytkami oraz sangrię. Do wyboru jako danie główne były też burgery i paella. Sałatka była sztosem – porządna porcja w której nie żałowali dodatków, a myślałam, że skoro traktują to jako przystawkę to będzie dużo skromniej. Zestaw lunchowy z drinkiem kosztował ok. 14 euro i jak na Barcelonę to naprawdę dobra cena. Na koniec zostaliśmy jeszcze poczęstowani cavą – hiszpańskim winem musującym podobnym do prosecco. Dodawanie alkoholu do rachunku to jakiś hiszpański zwyczaj, które obserwowaliśmy za każdym razem kiedy jedliśmy w La Barcelonecie.

PROTIP 1: W nadmorskiej dzielnicy Barcelony – La Barceloneta wszystkie restauracje mają super ofertę lunchową i kolacyjną. Chodzi o to, że w dobrej cenie możemy dostać zestaw przystawka+danie główne+sangria+deser i najeść się do syta, a co najważniejsze spróbować hiszpańskich klasyków za jednym zamachem. Właśnie z tej opcji skorzystaliśmy w Kurz&Gut i Con Borbo.
Prawidziwa tortilla, czyli ziemniaki zapiekane z jajkiem i pa amb tomaquet – chleb z pomidorowym sosem i oliwą.
Polędwiczka, frytki, pieczarki – mało hiszpański lunch, ale na hiszpańską ucztę z paellą szykowaliśmy się następnego dnia.
Ta sałatka skradła moje podniebienie. Poza wyraźnie widocznym łososiem miała też paluszki rybne. Sangria i schłodzona cava, czyli hiszpańskie wino musujące sprawiły, że poczuliśmy wakacyjny i siestowy nastrój.

 

Can Borbo

Tutaj doświadczyliśmy prawdziwej hiszpańskiej uczty, było przepysznie! Zjadła pierwszą w życiu i najlepszą paellę z owocami morza, kalmary, croquetas (wyglądają trochę jak krokiety, ale smakowo to bardziej paluszki rybne przygotowywane z beszamelem)  i crema catalana – znany deser kataloński. P. jako danie główne wziął natomiast łososia z frytkami i sałatką.

Ta kolacja kosztowała nas 28 euro, ale naprawdę było warto i ilość jedzenia jaką dostaliśmy w tej cenie to był raj!

Ja wybrałam na przystawkę chrupiące kalmary i bardzo polubiłam ten smak! P. wybrał croquetas – ryba i beszamel w formie krokiecików. Do tego sangria, czyli wino z owocami.
Paella to moje ulubione typowo hiszpańskie danie! Ta była doskonała. Ta potrawa nie ma nic wspólnego z ryżem w sosie, mieszające się bogactwo przypraw daje cudowny efekt.

 

Crema catalana – słynny deser kataloński. Podobno to pierwowzór francuskiego „Creme brulè”. Ja nie zostałam jego fanką, ale spróbować musiałam.
Do rachunku limoncello ;).

Paellę i tapasy jedliśmy raz jeszcze w dzielnicy gotyckiej, ale zdecydowanie nie mogę polecić tamtej restauracji. Wydaliśmy tam chyba najwięcej, a nie najedliśmy się totalnie. Ze złości nie mam nawet zdjęć i nie zapamiętałam nazwy,  mam jednak dla Was kolejną wskazówkę.

PROTIP 2: Nie jedzcie na La Rambli, na pewno nie wchodźcie do przypadkowych miejsc zazwyczaj pełnych turystów. W takich miejscach znacznie przepłacicie, a porcje będą małe. Jak zawsze lepiej udać się w głąb uliczek albo tak jak polecam skorzystać z oferty lunchowej w nadmorskiej dzielnicy.

Zjedliśmy tam jeszcze kilka znanych tapasów na które warto zwrócić uwagę – zielone papryczki padrón i sardele (Boquerones en vinagre). To takie tapasy na jeden gryz.

Jeśli będziecie chcieli zjeść coś typowo hiszpańskiego to zapiszcie jeszcze poniższe knajpy do których nam nie udało się dotrzeć.

La Fonda – żałuję, że nie udało nam się zjeść tu paelli i na pewno będę chciała zacząć od tego miejsca następnym razem. Słyszałam, że to jedna z lepszych miejscówek, paella kosztuje ok. 18 euro.

La Tasqueta De Blai – to restauracja oferująca pintxosy czyli kanapeczki z różnymi specjałami przybite wykałaczką. Kosztują od 1 do 1,8 euro.

Bar Casi – przy Parku Güell podobno można zjeść dobrze i tanio. Dwa dania i napój w  zestawie to tylko 11,5 euro (czytałam, że napój w tej cenie to może być butelka wina!). Ja chętnie zjadłabym tu typową hiszpańską zupę escudella albo gazpacho.

Pita Inn

Kiedy tak jak my będziecie umierali z głodu na La Rambli to pamiętajcie, że możecie zajrzeć do Pita Inn i za 4 euro wszamać falafela lub kebaba. Super niskobudżetowa i naprawdę smaczna opcja.

Pasta Madre

To z kolei włoska restauracyjka, którą odwiedziliśmy 2 razy. Ulokowana jest także przy La Rambli w jednej z bocznych uliczek. P. po dwóch dniach miał kryzys kuchni hiszpańskiej i potrzebował więcej mąki pszennej we krwi :P. Jedliśmy tu wspaniałe makarony – ok. 10 euro, a po wpadce z hiperdrogą paellą, którą totalnie się nie  najedliśmy wpadliśmy na kawałek pizzy. Kawałek kosztuje 2,5 euro. Choć wybraliśmy niezbyt apetycznie wyglądające smaki to musicie mi wierzyć, że naprawdę moja pizza z kwiatami cukinii była przepyszna, a do wyboru jest wiele pizz.

Wpadliśmy tu przed odlotem i najedliśmy się do syta pyszną foccacią podaną jako przystawka i naszymi makaronami. P. wziął rurki pesto, a ja tagiatelle w śmietanowo-pomidorowym sosie z pieczarkami i cukinią.
Ogromny kawałek pizzy prosto z pieca tylko za 2,5 euro.

Churros

Churrosy po prostu trzeba zjeść. My zupełnie przypadkowo zjedliśmy je na Tibidabo w ekstra cenie 4 euro. Poza La bouquerią nie widziałam ich nigdzie, a spodziewałam się, że będą widoczne częściej niż lody, pewnie były dostępne w cukierniach do których nie zaglądaliśmy. Podróż na Tibidado może zmęczyć więc zjedzenie ich tutaj to dobra opcja ;)! Smakują trochę pączkowo, z czekoladą są boskie.

Pozowanie z jedzeniem średnio mi wychodzi i nawet takie zacne jedzenie jak churrosy nie pomogło, ale widok jest piękny i o niego tu chodziło ;).
Churrosy na wystawie jednej z cukierni.

Gelati Dino

Oczywiście, że musiałam zjeść lody! Specjalnie nie najadałam się szczególnie w restauracjach, żeby mieć na nie miejsce. Dino upatrzyłam sobie od razu pierwszego dnia, dlatego w Kurz&Gut wzięliśmy tylko lunch i tortille na pół. Powiem Wam, że to był dobry plan, bo te lody były przepyszne. Hiszpania nie ustępuje Włochom jeśli chodzi o gelato. Wsunęłam 3 kulki – vege pistację, marakuję i biała czekoladę, a P. pistację i lody o smaku kremu katalońskiego. Mają bardzo dużo opcji wegańskich i bez cukru. Wspaniałość w niezłej cenie, bo w centrum widzieliśmy dużo droższe lody – tutaj zapłaciliśmy 6 euro!

Eyescream & Friends

Obok tych lodów też nie mogliśmy przejść obojętnie. Specjalnie przyjechaliśmy na nie ostatniego dnia i kiedy ku naszej rozpaczy okazało się, że jeszcze 2h do otwarcia to zmieniliśmy plany, żeby je zjeść. Smak smakiem, bo wiadomo, że chodzi o ich wygląd ;), ale były naprawdę dobre. Taki zestaw kosztuje 4,5 euro. Wybiera się smak lodów z kilku dostępnych – m.in wanilia, jogurt, czekolada i 2 dodatki. My wzięliśmy żelki i oreo, ale wybór był dużo większy.

Mc Donald

Hmmm… :). Przyznaję się, że byliśmy tu chyba ze 3 razy. Ja jestem testerką nowych McFlurrów jak tylko jestem za granicą i tutaj pod tym względem było rajsko. Jedliśmy niedostępne w Polsce McFlurry Brownie i z ciasteczkami Lotus. Te pierwsze to czysta rozpustna rozkosz, ale na wakacjach usprawiedliwiona :). Poza tym zamawialiśmy hiszpańskie nowości jak ziemniaczane kulki – odpowiednik patats bravas i chicken bites czyli kulki z kurczakiem.

PROTIP3: Korzystaliśmy z oferty łączonej w której przy zamówieniu napoju i kanapki można było dokładać wiele dodatków po 1 euro w tym właśnie hiszpańskie ziemniaczki. Sałatki po 1 euro po których nie spodziewaliśmy się zbyt wiele były naprawdę spore – zdecydowanie smaczniejsze i większe niż sałatki dorzucane do zestawów w Polsce.

Nie namawiam nikogo do jedzenia w macu, ale tutaj to naprawdę nie taka zła opcja i można wpaść na jedną kolację, ale koniecznie z deserem :P. Z ciekawostek mają tu McFlurry mini ;).

Te McFlurry śnią mi się po nocach ;P. Niestety nie mam zdjęcia sałatki, ale wierzcie na słowo to był taki sam sztos!

Prawdziwie niskobudżetowa opcja to oczywiście samodzielne przygotowywanie jedzenia na co nikt nie chce tracić czasu na wakacjach. Można jednak wpaść do Lidla czy innego marketu. Ja poszłam tam z ciekawości i kupiłam sobie jogurt kokosowy (opcja zdrowa) i ukochane Sunbites(opcja niezdrowa), które zawsze kupuję na wyjazdach. W Barcelonie występowały w innych opcjach smakowych niż w Polsce.

______________________________________________

Mam nadzieję, że ten wpis przyda się osobom, które wybierają się do Barcelony. To będzie przepyszna podróż pełna nowych smaków z której nie wrócicie zrujnowani finansowo :)!